piątek, 28 marca 2014

Podsumowanie zimowej kuracji Atredermem

Atrederm to retinoid wydawany jedynie na receptę. Jeśli jesteście zainteresowani dokładniejszym opisem zapraszam do posta na innym blogu gdzie Ziemolina wszystko dokładnie opisała:
Kosmostolog "Atrederm - pogromca zaskórników"


Ciut o moich własnych spostrzeżeniach i o tym jak właściwie to wszystko się zaczęło:
Zanim zdecydowałam się na te kuracje przeczytałam ogromną ilość wiadomości na ten temat na internecie, jedni wychwalali retinoidy jako najlepszą rzecz w walce z trądzikiem, inni ostrzegali jakie to mocne i niebezpieczne. Pewność co do tej decyzji nadeszła dużo później, akurat w momencie, kiedy i tak byłam zmuszona pójść do dermatologa - na twarzy wyskoczyło mi straszne podrażnienie. Pani dermatolog nie pomogła mi z tamtym problemem ani trochę, na dodatek strasznie narzekała, że śmiem prosić o receptę czegoś takiego jak Atrederm skoro ja przecież nie mam wcale trądziku, a przebarwienia też sobie wymyślam (i taką cudowną diagnozę postawiła z krzesła po drugiej stronie biurka). Dała mi go "z łaski" gdy powiedziałam, że chcę go używać na plecach, co po części również było prawdą.
Początkowo byłam zła, że dostałam wersje słabszą - 0,025%, jednak pamiętając o historiach strasznych podrażnień i poparzeń wyczytanych w internecie stwierdziłam, że nawet ze słabszą wersją będę ostrożna.

Zaczęłam używać go pod koniec października 2013 r. Pierwsze dwa tygodnie używałam go jedynie na plecach, kolejne dwa na plecach i czole (korzystając z tego, że jak coś mi się stanie to pod grzywką nie będzie tego widać ;D). Nie wiem jak moja skóra to zniosła, ale na początku używałam Atredermu co 2 dni! Dopiero gdy zaczęłam nakładać go na całą twarz opanowałam się z tą szaloną prędkością zaczynając od nakładania Atredermu co 5 dni i dołączając do tego rytuału poranne smarowanie się filtrem przeciwsłonecznym.
Wszystko przebiegało w miarę spokojnie, na szczęście ominął mnie potworny początkowy wysyp którym straszą niemal wszyscy używający retinoidów. Był, owszem, ale znośny. Spodziewałam się czegoś o wiele gorszego.
Skracałam powoli czas pomiędzy kolejnymi aplikacjami Atredermu, pod sam koniec było to co 2 dni, potem skóra zaczęła się trochę buntować dlatego znów wróciłam do 3 dni przerwy, i tak pozostało do samego końca czyli połowy lutego 2014.

Co zauważyłam używając Atredermu?


  • Cudownie wytępił wszelakie zaskórniki.
  • Nie musiałam przejmować się tym jak ciężkie nakładam kremy - Atrederm nie pozwalał by cokolwiek mi zatkało pory.
  • Wyrównał koloryt twarzy
  •  Przyspieszał gojenie wszelakich niespodzianek i zmniejszył częstotliwość ich występowania.
  •  Doskonale poradził sobie z przebarwieniami potrądzikowymi, nie tylko na twarzy ale i na plecach. Nie wierzyłam, że to możliwe gdyż wiele z nich miało całe lata i nie mogłam się tego niczym pozbyć! Z tego osiągnięcia jestem niezwykle zadowolona - przez plecy w plamki bałam się nosić cokolwiek co odsłaniałoby chociaż ramiona.
  • Wylinka była bardzo mocna i niezwykle męcząca.  Niekiedy suchych skórek nie dało rady przyklepać do końca kremem
  • Cały czas moja twarz była różowa. Nowy naskórek był bardzo delikatny.
  • Przesuszenie skóry twarzy chwilami doskwierało bardzo mocno, musiałam nawilżać twarz nawet co 3 godziny, inaczej czułam się jakby mi cała twarz popękała i zastygła.
  • Po odstawieniu Atredermu ilość wyskakujących niespodzianek na twarzy wzrosła. Plecy na szczęście dalej pozostały w dobrym stanie :) 

  • Trochę zdjęć co by udowodnić jak źle potrafiło być(chociaż szczerze powiem, że zawsze unikam aparatu i zwyczajnie nie mam zdjęć które pokazywałyby faktyczny zły stan jaki potrafił być), jak dobrze było i jak było zmiennie.
    Nie wiem czemu to zamieszczam-to ewidentnie był mój "dzień paszteta"
    przed kuracją
    po kuracji
    mała różowa świnka po 4 miesięcznej kuracji

    Podsumowując: Jestem bardzo zadowolona, że jednak zdecydowałam się na taki krok. Atrederm udowodnił mi, że istnieje możliwość by trzymać trądzik w ryzach, pierwszy raz od baardzo dawna byłam szczęśliwa patrząc w lustro. Kto nie ma trądziku może nie zrozumieć, ale te parę chwil kiedy moja buzia była czysta i bez większych niespodzianek czy starych przebarwień dało mi tyle siły i wiary w siebie, że trudno to opisać :) Jeśli same borykacie się z podobnymi problemami skórnymi i próbowałyście już wielu specyfików, które nie dawały efektów - szczerze polecam, jednakże przy zachowaniu szczególnej i należytej ostrożności.

    środa, 26 marca 2014

    Stałam się posiadaczką Flexi8!

    By dostać rozgrzeszenie ze spełnienia chwilowej, wyjątkowo drogiej zachcianki wspomnę, że część, o ile nie większość winy ponosi Henri. Kto nie zna jej cudownej kolekcji Flexi8, niech szybko klika i podziwia :)

    Flexi8 to niezwykle praktyczne i wyjątkowo piękne spinki. Nie tylko czynią fryzurę o wiele bardziej wytworną, ale gwarantują utrzymanie jej przez cały dzień.
    Ja zamówiłam trzy spinki o rozmiarze Small. W rzeczywistości są naprawdę malutkie - na szerokość dłoni (a moje dłonie są drobne).
    Przy kolejnym zamówieniu wzięłabym o rozmiar większe (tak, moje cienkie i rzadkie włosy potrzebują rozmiaru M lub L :) ), gdyż S nie łapie mi koka ślimaka.
    Na stronie niektóre zdjęcia wyglądają mało zachęcająco, bałam się, że spinki będą wyglądały na tandetne i plastikowe. Na szczęście myliłam się w swojej ocenie, spinki na żywo wyglądają fenomenalnie!



    Są elastyczne dzięki czemu nie łamią się łatwo (jak to bywa ze zwykłymi, plastikowymi spinkami), dostosowują się kształtem wygięcia do koka dzięki czemu bardzo dobrze trzymają fryzurę

    Ząbki znajdujące się na końcu utrzymują spinkę i pozwalają regulować "siłę" zapięcia.

    Co do samego zamówienia:
    Zamawiałam wspólnie z Gabrysią, ja wybrałam 3 wzory ze strony Flexi8, a Gabrysia dwie z Lilla Rose (Przy pomocy kodu rabatowego jedną ze spinek dostałyśmy w gratisie :) ). Nie było problemu z połączeniem zamówienia z obu sklepów - wystarczyło na stronie Flexi8 do koszyka dorzucić jakiekolwiek spinki o cenie zgadzającej się ze spinkami z Lilla Rose i w komentarzu uwzględnić co chce się zamienić. Wszystko przebiegło bezproblemowo i sprawnie, kontakt ze sklepem w razie pytań był błyskawiczny (na mojego maila wysłanego w sobotę odpowiedzieli tego samego dnia, czego się nawet nie spodziewałam).
    Ogromny plus za szybką wysyłkę i tylko tydzień oczekiwania na paczkę.

    A tak spinki wyglądają na włosach:


    te spinki gdy są na włosach są niewiarygodnie niefotogeniczne, dlatego musiałam posłużyć się stołem jako statywem ^.^'

    A tu łapcie linka do Flexi Gabrysi: klik

    czwartek, 13 marca 2014

    Emolienty w pielęgnacji włosów

    Emolienty to trzeci element, który warto wziąć pod uwagę planując pielęgnację. Tylko równowaga pomiędzy nimi jest w stanie przyczynić się do zbliżenia się do doskonałego wyglądu włosów.
    Emolienty natłuszczają, tworzą otoczkę, która ma za zadanie zatrzymać wilgoć wewnątrz włosa, bez niej nawilżenie bardzo szybko ucieka. Dodatkowo taka emolientowa otoczka działa ochronnie i wygładzająco. To właśnie mocniejszych emolientów należy używać by chronić końcówki przed szybkim niszczeniem.

    Przykładowe produkty które pomogą nam w pielęgnacji:
    Domowe:
        - wszelakie oleje (słonecznikowy, winogronowy, oliwa z oliwek itp.)
    Półprodukty które możemy dokupić lub znaleźć już dodane w maskach czy odżywkach:
        - Cetearyl Alcohol, Cetyl Alcohol
        - masło Shea
        - wszelakie silikony
        - lanolina

    Zbyt mała ilość emolientów spowoduje szybkie odparowanie wody z włosa, stanie się on łamliwy, o wiele bardziej narażony na uszkodzenia, utraci blask i sprężystość.

    Niestety nadmiar emolientów jest również niewskazany. Gdy taka otoczka nadbuduje nam się na włosach spowoduje wizualny przyklap, włosy utracą objętość i zaczną się zbierać w kolonie. Wszelakie składniki odżywcze będą miały osłabione działanie gdyż zbyt duża ilość emolientów może przeszkadzać w swobodnym "dopływie" innych dobroci do włosa.

    wtorek, 4 marca 2014

    Podsumowanie lutego

    Nie próbuje nawet bronić tego zdjęcia, tego dnia oczyszczałam włosy i nałożyłam na nie za mało treściwą maskę, dlatego wyglądają na odrobinę przesuszone i pokrzywdzone. Przyglądając się zdjęciom dochodzę do wniosku, że jednak moje dawne farbowanie na rudo dalej jest dostrzegalne poprzez ciepłe, rudawe refleksy, które niemal na każdym zdjęciu widać mniej-więcej od poziomu trochę ponad ramionami. Czyli wychodzi na to, że dołączam do grona schodzących z farbowania :D
    Zgodnie z tym co kiedyś zapowiadałam, znów wróciłam do Sesy, jednak nie trwało to długo. Po paru użyciach potwierdziłam swoje przypuszczenia - włosy znów zaczęły potwornie wypadać :( To wina samej Sesy, a nie sposobu aplikacji, teraz trzymałam ją o wiele krócej i problem znów się powtórzył, niestety.
    Przyrost: 1,5 cm, chociaż i tak wyszłam na zero przez podcięcie. Zaczynam chyba podcinać włosy regularnie co miesiąc, może uda się je wyrównać.

    W tym miesiącu stosowałam:
    Szampony:
        - Equilibra
        - Equilibra wzmacniająca
        - Barwa żurawinowa
    Odżywki/balsamy:
        - Natura Siberica Objętość i Nawilżenie
        - Garnier z olejkiem avokado i masłem karite (tak, znów do niego wróciłam, jest tego wart. Kiedy nie wiem co nałożyć - nakładam Garniera)
        - Nivea Intense Repair (jest idealny jeśli chodzi o moje słabiutkie łamiące się końcówki. Otula je porządną warstwą silikonów nie powodując takiego sklejenia jak samo serum, gdybym chciała nim tak dobrze pokryć włosy)
    Maski:
        - Bioetika I
        - Joanna Naturia miód i cytryna
        - Omia z siemieniem lnianym
        - Alverde Avocado
    Oleje:
        - ryżowy
        - Sesa
        - ze słodkich migdałów
        - czarnuszka
        - oliwa z oliwek
        - laurowy
    Inne:
        - masło shea (zmiękcza końcówki, długość jeszcze się z nim nie dogadała ale popracujemy nad tym)
        - hydrolizowane białka jedwabiu
        - hydrolizowane proteiny mleka
        - kolagen i elastyna


    czwartek, 27 lutego 2014

    Apteka Agafii - Aktywne serum na porost włosów

    Niewiarygodnie sławne serum zawitało u mnie już spory czas temu, pierwszy raz wykorzystałam je we wcierce z cebulą i czosnkiem, która w tamtym okresie nie sprawdziła się jakoś wyjątkowo dobrze. Czy samo serum poradziło sobie lepiej?
    Buteleczka jest poręczna, dobrze leży w dłoni. Duży plus za dozownik, którego brakuje w wielu innych wcierkach. Ja jednak pomimo spryskiwacza i tak wolałam pipetę, kwestia przyzwyczajenia :)

    Skład
    Althaea Officinalis Extract(prawoślaz lekarski-działanie zmiękczające, osłaniające), Shizandra Chinensis Officinalis Oil(olej z cytryńca chińskiego-wzmacnia i odżywia cebulki), Panax Ginseng Extract(ekstrakt z żeń-szenia-pomaga w walce z wypadaniem, łysieniem), Mellissa Officinalis Leaf Oil(olej z liści melisy-działanie tonizujące, odżywiajace), Arctium Lappa Root Extract(ekstrakt z korzenia łopianu-pomaga w walce z wypadaniem, łupieżem), Urtica Dioica Extract(extrakt z pokrzywy(wzmacnia, przeciwdziała łupieżowi i przetłuszczaniu się włosów), Betula Alba Extract(ekstrakt z brzozy-działa antyseptycznie, ułatwia gojenie ran, pomaga przy łupieżu), Yeast Extract(ekstrakt z drożdży-przyspiesza porost), Capsicum Anuum Fruit Extract(ostra papryka-pobudza krążenie, przyspiesza porost), Climbazole(klimbazol-działanie przeciwgrzybicze i przeciwłupieżowe), Allantoin(działanie przeciwzapalne,wspomaga regenerację i przyspiesza gojenie się ran), Pantothenic Acid(kwas pantotenowy-inaczej witamina B5 lub d-pantenol), Neolone

    Konsystencja i wydajność
    Konsystencją przypomina wodę, jednak taka buteleczka 150ml jest całkiem wydajna. Ok. 45 ml użyłam wcześniej na wcierkę, reszta wystarczyła mi na ok. 5 tygodni.

    Działanie
    Serum stosowałam codziennie wieczorem, nie zauważyłam by wpływała szczególnie na skrócenie czy też wydłużenie czasu świeżości włosów. Nie drażni zapachem, który i tak szybko ulatnia się z włosów, jest niekłopotliwa i przyjemna w stosowaniu. I na tym kończą się jej plusy. Moje odporne na wspomagacze włosy przyspieszyły swoje tępo wzrostu może o 2/3mm, czyli tyle ile wynosi granica błędu przy pomiarach długości. Nie sprawdził się pomimo iż pokładałam w nim ogromne nadzieje.
    Jednak polecam chociaż spróbować, na wiele osób podziałało :)

    wtorek, 18 lutego 2014

    Jak zacząć upinać włosy?

    Temat bardzo trudny, jednakże oparty na moich własnych doświadczeniach i problemie jakim było dla mnie przyzwyczajenie się do wiązania czy upinania włosów. Sporo z was pomyśli pewnie "ale co to za problem?", dlatego zacznę od przyczyn niechęci do wiązania włosów.

    Jestem osobą nieśmiałą, zdecydowanie boje się świata i ludzi. Wolę ciszę, w towarzystwie większość czasu milczę i bardzo lubię odgradzać się od świata. Od zawsze kocham swoje włosy i były one dla mnie ważne, nawet wtedy gdy nie potrafiłam o nie dbać. Były dla mnie jedynym atutem, jedyną częścią mnie która była w jakikolwiek sposób chwalona czy zauważana, nie wstydziłam się swoich włosów i po części dlatego wolałam patrzeć na ludzi zza ich zasłony. Włosy to doskonały sposób by się odgrodzić od ludzi! Grzywka na bok dodatkowo mi to ułatwiała, wystarczyło delikatnie pochylić głowę by włosy przysłoniły mi świat. Mogłam wtedy udawać, że nie ma nikogo wokół.

     
    Regularne wiązanie włosów (nie tylko na noc) weszło mi w nawyk prawie rok po rozpoczęciu dbania o włosy! Przerażająco długo zajęło mi oswojenie się z tym, że świat zaczął widzieć moją twarz.
    Jak sobie z tym poradziłam?
    • zaczęłam związywać włosy tuż po powrocie do domu. Później metodą drobnych kroczków zaczęłam je wiązać zaraz po wyjściu z uczelni.
    • odnalazłam fryzury w których się sobie podobam. Warkocze są niezwykle piękne i kobiece, natomiast koczek ze szpilką jest wygodny i szybki.
    • nawyk utrwalił się gdy spędziłam prawie całe wakacje siedząc w domu. Dzień w dzień zaraz po wstaniu robiłam warkocza i pozostało mi tak do dziś. Stało się to jednym z punktów porannego schematu co niezwykle ułatwiło mi sprawę!
    • przestałam chorobliwie wstydzić się swojej twarzy. To, że ja jej nie lubię nie znaczy, że odstrasza wszystkich innych. Każdy człowiek jest inny i na swój sposób piękny. 


    Upinam włosy tylko na trzy/cztery sprawdzone sposoby, mam dwie lewe ręce jeśli chodzi o fryzury, plus śliskie włosy które uciekają z każdego zbyt luźnego upięcia.
    Może znacie jakieś proste fryzury lub inne sposoby na to jak zacząć upinać włosy? :)

    piątek, 14 lutego 2014

    Kallos Crema al Latte

    Tego produktu nie trzeba przedstawiać, Kallos jest jedną z tych masek którą chociażby z nazwy zna każdy. Przepełniona nadziejami, zapatrzona w recenzje innych blogerek nie miałam wątpliwości gdy kupowałam cały litr. Jednakże czy zasłużył na miano włosowego hitu?
     Opakowanie jest duże, bardzo nieporęczne nie tylko ze względu na swoje wymiary. Jeśli nie otworzyłaś maski przed rozpoczęciem mycia włosów i próbujesz otworzyć je mokrymi rękoma-zapomnij! Plastik jest gładki, przez co dłonie się po nim ślizgają.
    Skład
    Aqua, Cetearyl Alcohol(emolient - zapobiega odparowywaniu wody), Cetrimonium Chloride(zapobiega elektryzowaniu,wygładza, ułatwia rozczesywanie, nadaje połysk), Dipalmytolyethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate(zmiękcza, ułatwia rozczesywanie, zapobiega elektryzowaniu), Parfum, Benzyl Alcohol(alkohol aromatyczny, konserwant), Citric Acid(kwas cytrynowy-zwiększa trwałość kosmetyku oraz jego stabilność), PEG-5 Cocomonium Methosulfate(pochodna glikolu, antystatyk-zapobiega elektryzowaniu), Methylchloroisothiazolinone(konserwant), Sodium Glutamate(środek zapachowy), Hydrolized Milk Protein(hydrolizat protein mleka), Hydroxypropyltrimonium Hydrolyzed Casein(antystatyk-zapobiega elektryzowaniu włosów), Methylisothiazolinone(konserwant), Sodium Cocoyl Glutamate(delikatna substancja myjąca), Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride(ułatwia rozczesywanie, odżywia włosy)

    Konsystencja
    Lekka, raczej rzadka, zwłaszcza jak na maskę. Przy nieuważnym odsączeniu wody z włosów lub dodaniu zbyt dużej ilości płynnych dodatków maska bardzo spływa.

    Zapach
    Intensywny, bardzo słodki. Pachnie mlekiem lub słodkimi mlecznymi ciastkami. Długo utrzymuje się na włosach (jestem raczej znieczulona na wszelakie zapachy, jednak ten czuje tak samo intensywnie aż do następnego mycia)

    Działanie i moja opinia
    Swego czasu cała blogosfera pisała mu hymny pochwalne dlatego miałam co do niej ogromne nadzieje. Na początku spisywała się całkiem dobrze, albo jak patrze na to z odległości czasu i wyrozumiałości dla niegdysiejszej, nic niewiedzącej mnie - spisywała się "jako tako". Po miesiącu, może dwóch zauważyłam, że maska przestała z włosami robić cokolwiek (no ułatwiała rozczesywanie, ale u mnie to nie problem, dobry szampon potrafi to zrobić), zaczęłam kombinować z dodatkami i było lepiej. Jeśli chcemy sprawdzić działanie samych dodatków, półproduktów czy czego do niej nie dodamy - jest idealna, jednakże nie podbija ich działania w żaden sposób.

    Patrząc na skład chciałabym zwrócić uwagę na te słynne proteiny mleka o których tak głośno w tej masce. Podkreśliłam w składzie dwie substancje. Pierwsza to Benzyl Alcohol. Jest on dopuszczalny w kosmetykach w stężeniu do 1%! Później mamy parę innych składników i druga podkreślona substancja: Methylchloroisothiazolinone - maksymalne stężenie tego konserwantu w kosmetyku wynosi 0,0015% ! A proteiny mleka są jeszcze dalej w składzie. Chyba nie muszę wspominać jak "dużo" ich tam znajdziemy?